Swoją drogą, przypomniałam sobie, dlaczego tak bardzo chciałam pojechać właśnie do Maine. Powodem była ta książka, "Odkryj Amerykę". O każdym stanie było tam mnóstwo ciekawych informacji, opisano kilka największych miast i tworzyło się takie wrażenie, że po prostu brakuje miejsca, a tak można by opowiadać jeszcze i jeszcze. Na stan Maine poświęcono jednak tylko półtorej strony. Faktów też było jak na lekarstwo. Coś o zbieraniu jabłek i ogromnych, niezamieszkanych terenach ciągnących się wzdłuż wybrzeża. To wszystko, co zostało mi w głowie z tych półtorej strony, ale właśnie tutaj zaczęłam się naprawdę interesować. Widzicie, nie uwierzyłam. Ziemia przy Oceanie Atlantyckim obok Kanady nie mogła być tak nudna, żeby pisać tylko o zbieraniu jabłek. Tam najwyraźniej po prostu nie dotarli. Nie dotarł wspaniały Kirił z Petersburga, nie dotarli w dalekim 1935 roku Ilf i Pietrow, a nawet Genis i Vail w swojej wyczerpującej "Amerikanie" zadowolili się ogólnikami o Nowej Anglii. Cóż, szkoda. Bo inni, którzy dotarli – zostali tutaj. Przedkładając Maine nad najsłynniejsze i najpopularniejsze stany, łagodny klimat, gorące słońce przez cały rok, a nawet starą dobrą Europę. A wasza pokorna służebnica przywiązała się do Maine całym sercem, całą duszą, szczerze mówiąc, po prostu strasznie się zakochałam i nie wiem, co robić. Ciekawie byłoby dowiedzieć się, dlaczego tak się dzieje, prawda? Ściśle mówiąc, moja miłość jest skazana na porażkę od samego początku. Bo nie można zostać "Mainczykiem". Można się nim tylko urodzić. Można tu urodzić dzieci (i one będą "Mainczykami", a wy nie), przeżyć wiele lat i dziesięcioleci, a po przeżyciu nawet zostać członkiem jakiejś miejskiej rady społecznej. Przyjmą was. Ale kiedy zabieracie głos: odchrząkujecie i przedstawiacie się: jestem taki a taki, z... Dalej trzeba podać miejsce urodzenia, czyli w naszym przypadku - from away. Koniecznie! Inaczej pomyślą, że pretendujecie do miana "Mainczyka", a to jeszcze bardziej niebezpieczne. Więc mówicie "From away" - i właściwie to wszystko. Koniec. Nie, mówcie dalej, tylko nikt was już nie słucha... Każdy przyjezdny - czy to z innego kraju, czy nawet z innego stanu - jest postrzegany jako najeźdźca. A głównym źródłem "zła" jest Boston. Metropolia rzeczywiście może być zgubna dla małych prowincjonalnych miasteczek, z których właściwie składa się stan. Cała jego populacja to milion trzysta tysięcy ludzi, jak moja rodzinna Samara. Liczebność prawie nie zmieniła się od XIX wieku, jakby na potwierdzenie tego, jak wytrwale i skutecznie ten milion z hakiem broni się przed wszelkimi najazdami. Maine to bardzo konserwatywny stan. Nie lubią zmian w żadnej dziedzinie życia, tak samo jak w otaczającym świecie. Stan prawie nie zmienia się zewnętrznie. Jeśli spojrzeć na zdjęcia fabryki celulozy w moim Yarmouth, to jej dawne zarysy, a także zarysy przyległych ulic, łatwo rozpoznać we współczesnym wyglądzie miasta. Jednak trudno tu wyciągać wnioski, bo nie ma z czym porównać. Europę i nas wojny i rewolucje mocno przekształciły i nie można mówić o dobrej woli: gdyby była, może i my byśmy zachowali, prawda? Ale trzeba przyznać, że "Mainczycy" mają czego bronić. Powiedzmy, nowoangielski styl architektoniczny. Wyobraźcie sobie, idę przez nieznane miasto w poszukiwaniu czego, jak myślicie? - McDonalda. Tak, motyl ciągnie do ognia, a północ do świtu. Tak w każdym obcym miejscu - mieście, na lotnisku - instynktownie ciągnę do małej znajomej wysepki, gdzie nigdy nie jem, ale zawsze wiem, czego się spodziewać. Więc moja droga zgadza się ze wszystkimi mapami i wskazówkami przechodniów, a złotych łuków nie widać. Stoję na wyznaczonym skrzyżowaniu naprzeciwko eleganckiej rezydencji, dopóki nie zrozumiem, że rezydencja to właśnie McDonald's. Lokalne prawo ogranicza reklamę zewnętrzną w taki sposób, że nie ma ona prawa być "zewnętrzną". Czyli szyld wewnątrz restauracji - proszę bardzo, ile chcecie, ale nie na ulicy, żeby nie zmieniać jej ogólnego wyglądu. A ten wygląd - eleganckiego i czystego euro


+2

