Ostatecznie tak bardzo kocham swój amerykański pokój, swój rosyjski akcent, swoich amerykańskich przyjaciół. Pretty dramatic wyobrażać sobie zmianę wiatrów. (c) wpis na Twitterze. Pracowałam w małym miasteczku Detroit Lakes w Minnesocie. Rano byłam housekeeper, wieczorem – waitron. To był kurort z drogimi jachtami, niekończącymi się polami golfowymi i momentami wzburzonym jeziorem. Co tydzień przyjeżdżały tu dziesiątki amerykańskich rodzin, których częścią się stawaliśmy. Moja przełożona Petty powiedziała kiedyś: „Naszym zadaniem jest sprawić, by te rodziny poczuły troskę”. Wszystko, co robiłam, było troską. Troszczyłam się za pieniądze, za ogromne napiwki, które często sięgały stu lub dwustu dolarów. Czy to nie brzmi wystarczająco jak lato, które może uczynić człowieka szczęśliwym do szaleństwa? Międzynarodowym studentom przydzielono domy bezpośrednio na terenie kurortu – przestronne (dwupiętrowe) drewniane mieszkania, czule nazywane chatami. Semih, Luliu, Deniz, Berkay, Yazan, Winni, Fariza, Ola, Alexandru, Luby, Anel, Madina – ta lista mogłaby trwać w nieskończoność, ponieważ nasza Fair Hills family liczyła pięćdziesiąt osób. Mieszkaliśmy razem, pracowaliśmy razem. Razem snuliśmy plany na przyszłość. Pewnego dnia w kuchni, sprawiając, że lekko drgnęłam, podbiegła do mnie Deniz – odważna Turczynka z kruczoczarnymi włosami i fioletową szminką. W swoich czarnych dżinsach, czarnym t-shircie, ze śniadą skórą w ogóle nie pasowała do kolorowego szaleństwa kuchennych półek. Słabo mówiła po angielsku, ale często leniwie siedziałyśmy (w jakimś błogim półśnie) na balkonie jej chaty, jak właścicielki swojego amerykańskiego życia, i wykreślałyśmy z naszego amerykańskiego kalendarza kolejny dzień w Minnesocie. Patrzyłyśmy na ulice kurortu, które według Deniz tak bardzo przypominały kręte ulice Stambułu, a ja porównywałam rzędy domów do gwieździstych promieni prostych ulic Paryża. Często przychodziły mi też do głowy paryskie bulwary z mostami. Well, podbiegając do mnie w kuchni, Deniz zaproponowała wycieczkę rowerową do meksykańskiej knajpy, która znajdowała się czterdzieści minut drogi autostradą. Wiedziałam, jak to będzie: wieczorem będę na nią czekać, ona przyjdzie, będzie mówić, ja będę słuchać, z jej przyjściem zapachnie tytoniem, a ona, pokasłując, będzie opowiadać, opowiadać, opowiadać mi o tym, jak bardzo nie przypomina porządnej muzułmanki i jak bardzo pierożki Susan przypominają jej bułeczki babci (pamiętam nawet, że babcia miała ogromny ciepły dziergany kardigan, który, jak twierdziła Deniz, bardzo by mi pasował). Wszystko potoczyło się wcale nie według przemyślanego scenariusza: Otgoo przyczepiła się do mnie, a Deniz przyprowadziła swojego przyjaciela – takiego samego śniadego Turka Berkaya. Do meksykańskiej knajpy weszliśmy we czwórkę. Siedzieliśmy przy barze, oglądaliśmy telewizję i jedliśmy pizzę w półmroku ścian obwieszonych zdjęciami, podczas gdy wszyscy interesowali się, kim jesteśmy, co oznaczają nasze imiona w naszym ojczystym języku i jak nam się podoba Ameryka. Och, bardzo nam się podobała! Co jeszcze podobało mi się tego wieczoru? Cóż, na przykład Berkay (przypuszczam, że wszystko dlatego, że akceptował wszystkie szalone pomysły, które przesiąkały podświadomość mojego mózgu; podczas rozmowy lubił powtarzać „spójrz mi w oczy” albo odwrotnie „no co ty, chodź, nie stój i nie patrz na mnie tak zdezorientowana”; był szalenie nieustraszony, przy czym tak nieustraszony, jakimi bywają chyba tylko głupcy; nosił okulary; pewnej nocy leżeliśmy na polu golfowym i nie drgnęliśmy nawet wtedy, gdy zbierało się na burzę, a trawa, na którą padały umierające cienie, stała się mokra). Ani gwiazd, ani śmiechu, ani spokoju. Stąd znów płynnie wynikają moje rady: 1. Ten świat jest mocno zepsuty, pełen wrogości, okrucieństwa i bezsensownego tragizmu. W Ameryce poznasz ludzi całkowicie odmiennych od ciebie. Ciesz się tym. Nie opieraj się i nie bój się zmieniać. 2. To nie jest tylko lato spędzone za granicą. Dzięki arabskim przyjaciołom zmie


+9


