Pewnego dnia dostałam wiadomość od chłopaków z propozycją wyjścia dużą grupą na mecz piłki nożnej. Na początku długo się zastanawiałam, czy jechać, czy nie, w końcu bilet kosztował 75$, a nie 30 czy 45. Piłka nożna, Liverpool, Sevilla nic dla mnie nie znaczą, to puste słowa. Ale pomyślałam, że warto choć raz w życiu zobaczyć mecz na własne oczy, zwłaszcza że te kluby zajmują czołowe miejsca w świecie futbolu. I jak zawsze, jak to zwykle bywa, dzień przed meczem zdecydowałam: JADĘ. W rezultacie w dniu meczu zebraliśmy się: studenci J-1 i studenci Boston University. Poznawanie się, rozmowy. Było wesoło. A kiedy mecz się zaczął, było jeszcze weselej. Atmosfera, fani w czerwieni, okrzyki "Liverpoooool" zapamiętam na całe życie. Najzabawniejsze jest to, że przegrali z Sevillą 1:2. Po meczu studentki J-1 z Hyannis wróciły do domu, a ja kupiłam bilet na wieczór następnego dnia, w końcu to Boston, trzeba dużo zobaczyć, miałam wielkie plany na kolejny dzień. Myślałam, żeby przenocować na dworcu, szkoda mi było 80$ na jedną noc. Przyszłam na dworzec i zamiast po prostu siedzieć, postanowiłam przejrzeć zdjęcia z aparatu, ale nie miałam pod ręką igły do pendrive'a, więc zaczęłam pytać siedzących obok osób. Natknęłam się na dwóch swoich rodaków i Kirgiza. Okazało się, że ten Kirgiz studiuje w Chinach, gdzie ja też studiuję, a do tego wyszło na jaw, że załatwialiśmy formalności przez wspólnego znajomego, jesteśmy w tej samej grupie i co najfajniejsze - pisaliśmy ze sobą miesiąc temu. Jak ten świat jest mały. W rezultacie nie musiałam nocować na dworcu, we czwórkę poszliśmy na spacer po nocnym mieście. Wielkie miasto nocą naprawdę pustoszeje. Nie było nikogo, a nie, czekaj. Trafiliśmy na czarnoskórych rasistów, którzy krzyczeli za nami, ale uciekliśmy*))) Tak oto za oceanem po raz kolejny przekonałam się, że świat jest naprawdę bardzo mały.


+2

