Widząc wszystko, co trzeba w Waszyngtonie, nie zastanawiając się długo, wyruszyliśmy do naszego następnego celu, Filadelfii. Więc, miasto – Filadelfia, pogoda – zawsze słoneczna. Filadelfia stała się dla nas centrum zakupów. Rzecz w tym, że przypadkiem trafiliśmy do sklepu, gdzie sprzedawali markowe rzeczy w bardzo niskiej cenie. A rzeczy było dużo. Bardzo. I wyszło tak, że połowę swojego czasu w Filadelfii spędziliśmy, oglądając koszule, marynarki i krawaty. (Shut up and take my money). Zgłodniali, rzuciliśmy się szukać miejsca, żeby zaspokoić głód. I znaleźliśmy takie. Istotą tej kawiarni było to, że każdy kawałek pizzy sprzedawano za dolara. Ale głównym hitem było to, że absolutnie wszystkie ściany były obklejone naklejkami, na których były napisane różne myśli od różnych odwiedzających. Wydało nam się to bardzo klimatyczne i przynajmniej oryginalne. Nie zostaliśmy w tyle i zostawiliśmy pamiątkę o sobie. W Filadelfii w ogóle nie udało nam się zobaczyć zabytków. I rzecz wcale nie w nas, rzecz w przypadającym na nasz pobyt festiwalu „Made in America”, z powodu którego zamknięto całe centrum miasta. Ale nie zmartwiliśmy się, przecież byliśmy syci, a w torbie leżały markowe rzeczy, za które w Rosji trzeba by zapłacić nieprzyzwoitą sumę pieniędzy. Następnego dnia musieliśmy ruszać do Nowego Jorku. I w tym momencie, ja, chyba po raz pierwszy przez całe lato znienawidziłem jednostki miary i format czasu w USA. Dla tych, którzy nie wiedzą, w Ameryce używa się absolutnie innych, logicznie nieuzasadnionych jednostek miary. Także używają 12-godzinnego formatu czasu. I oto ja, zamiast kupić bilet na 9 rano, kupuję bilet na 9 wieczorem. A to znaczy, że spędzamy jeszcze jeden dzień w Filadelfii; warunek, który nam kategorycznie nie odpowiadał. I musieliśmy kupić jeszcze jeden bilet i wyruszyliśmy tam, skąd zaczęliśmy. (Comeback) Więc, miasto – Nowy Jork, nastrój – przygnębiony. Wjeżdżając do Nowego Jorku, rozumiałem, że zostały tylko dwa dni do tego, jak wrócimy do Rosji, i ta myśl nie opuszczała mnie aż do samego wylotu. Pierwszą rzeczą, do której się udaliśmy, było miejsce, gdzie można było przesiąknąć rosyjskim duchem – Brighton Beach. Nas przede wszystkim interesowało, co to za miejsce i czy naprawdę wszystko tam jest tak po rosyjsku? Okazało się, że tak, ale jest jeden problem. Rosja na Brighton – to Rosja lat 90. Mała Rosja wydała nam się bardzo smutna, ponura, nieciekawa. Ludzie wyglądali na nieszczęśliwych, młodzież prawie nieobecna. Patrząc na to wszystko, zachciało mi się wrócić do Ameryki, i tak właśnie zrobiliśmy. Drugi dzień w Nowym Jorku spędziliśmy, spacerując po Broadwayu. Było uczucie, że dopiero wczoraj tu przyjechałeś i przechodziłeś przez te same miejsca, ale w rzeczywistości to było odległe trzy miesiące temu. I za każdym razem stawało się dla mnie coraz bardziej radośnie wspominać wszystkie te miejsca, które przeszliśmy w Nowym Jorku. Może w tym właśnie zawiera się magiczna siła tego miasta – im więcej o nim myślisz, tym bardziej je kochasz. Na samym początku powiedziałem, że Nowy Jork rozczarował. Nie, jednak Nowy Jork oczarował. I jak mu się to udaje? Podróż dobiegła końca, a dowódca rejsu Nowy Jork – Moskwa przywitał nas i życzył udanego lotu. To samo później zrobił dowódca samolotu Moskwa – Tiumeń. Więc, miasto – Tiumeń, odczucie – No cóż, to wszystko...


+2





