Krystyna, Dzierżyńsk, obwód niżnonowogrodzki „Nigdy nigdzie nie żyłam tak, jak tutaj, ciesząc się życiem i radując się! I nikomu nie pozwolę zepsuć mi przyjemności!” Krystyna ZDECYDOWANIE REPUBLIKA POŁUDNIOWEJ AFRYKI JEST JEDNYM Z NAJBARDZIEJ NIESAMOWITYCH MIEJSC NA ŚWIECIE!!! Dla mnie to niezaprzeczalna prawda! RPA jest piękna! Wspaniała!!! Ale zanim się o tym dowiedziałam, musiałam pokonać ogromną odległość, co najwyraźniej daje prawo nazywać RPA „Końcem świata” (sądząc po jej odległości od naszego kraju i mojego miasta). Liniami lotniczymi – tymi, którymi leciałam – dotarcie tam zajęło bardzo, bardzo dużo czasu! W nocy z osiemnastego na dziewiętnastego października dwa tysiące ósmego roku wsiadłam do samolotu w Moskwie, rejs „Moskwa–Doha”. Z Dohy przesiadłam się na rejs do Johannesburga. A stamtąd już do Kapsztadu. Tylko dwudziestego października, wieczorem, moje stopy dotknęły ziemi obiecanej, najbardziej niezwykłego miejsca na ziemi, najstarszego, najpiękniejszego i pierwszego miasta kraju! Zmęczyłam się lataniem. Chociaż lot był niesamowity, a samolot uroczy (dużo wolnej przestrzeni, można wyciągnąć nogi). Czysto. Stewardesy miłe, ciągle próbowały nas napoić lub nakarmić ???. A przez cały lot robiły to z pięć razy – w domu tyle nie jem!!! Więc kto jest głodny – trafiliście pod właściwy adres! Polecam wybierać długie loty – nakarmią was! Na lotnisku powitali nas przedstawiciele organizacji przyjmującej (SASTS). Pomogli z bagażem. Dowieźli nas komfortowo do tak zwanego SASTS-house, który stał się moim final destination w Kapsztadzie. To... powiedzmy, takie niezwykłe miejsce. Na każdego (sądząc po różnych opiniach chłopaków, do których mnie dokwaterowano) może wywrzeć absolutnie skrajne pierwsze wrażenie. A jakie jest moje? Ogólnie pozytywne! Ale nie bez „niespodzianek”. Pierwszego dnia nieźle spędziliśmy czas. Do późna bawiliśmy się w klubie „ZULA”, tańczyliśmy. Grał tam hip-hop i rock. A niedaleko, od strony restauracji, dobiegały dźwięki narodowych południowoafrykańskich pieśni, jak poinformowali nas lokalni chłopcy, których zapytaliśmy: „Co tam gra?” Do hostelu wróciliśmy dopiero o czwartej rano. Zmęczeni. Zasnęłam najsłodszym snem, zamierzając się porządnie wyspać. Ale właśnie tutaj czaiła się na mnie pierwsza „niespodzianka”. Po tym, jak zasnęłam, wydawało się, że po bardzo krótkim czasie, do moich uszu dotarł hałas. Najpierw – huk spadającego przedmiotu. Potem – jeszcze głośniej – syczący strumień wody!!! Podskoczyłam, przestraszona. Dziewczyna na sąsiednim łóżku podskoczyła zaraz po mnie. A sprawa okazała się prosta: w pokoju, w którym mnie zakwaterowano, jest działająca kabina prysznicowa. I jedna ze współlokatorek (a było nas tam cztery na dwóch łóżkach piętrowych) postanowiła wziąć prysznic. Czegoś jej się zachciało wziąć go prosto w pokoju, chociaż na piętrze są jeszcze trzy prysznice! Myj się – ile chcesz! Mało tego, patrząc na zegarek, odkryliśmy, że postanowiła to zrobić nie wcześniej, nie później, tylko o ósmej rano!!! Byliśmy w szoku! Nie mogliśmy już zasnąć, musieliśmy wstawać. W poniedziałek (program jest tak obliczony, aby zaczynał się od pierwszego dnia tygodnia) zebrano nas w biurze SASTS. Krótko opowiedzieli o kraju, programie, z którym każdy z nas przyjechał i będzie przez jakiś czas tutaj przebywał. I o tym, co czeka nas w tym pierwszym tygodniu i później, kiedy wszyscy rozjadą się po różnych zakątkach. Swoją drogą, z krajów Europy, według moich obserwacji, chłopaki częściej przyjeżdżają jako wolontariusze. Później mieszkają w lokalnych rodzinach, pracują głównie jako nianie, wychowawcy lub nauczyciele. Nie muszą się o nic martwić, karmią ich i poją, ale ich praca jest nieodpłatna. Za to są w 100% zrelaksowani i cieszą się życiem. A ich programy, w przeciwieństwie do naszego, są przewidziane tylko na trzy-cztery miesiące. W mojej grupie, oprócz mnie, były tylko dwie osoby z programu pracy „Work in South Africa” (to z dziesięciu-piętnastu osób). Nic dziwnego: pensje tutaj ledwo różnią się od tych z N


+2



