Dzień wcześniej. Sonia: „Ol, jeśli będzie padać, to i tak wstawaj!” Yan prosił nas, żebyśmy przyjechali na 9:30. Przez sen słyszę, jak krople deszczu uderzają o parapet: „Sonia, trzeba wstawać, inaczej zasnę”. Była już 9:30. Całkowicie zapomniałam o zmianie w rozkładzie. Nawet od wieczora nie nastawiałam innych budzików. Wyjechaliśmy znowu bez śniadania. A więc, WYCZYN: w drodze zadzwonił telefon, odebrałam, i trzymając go lewą ręką, spokojnie jechałam po mokrej drodze. Jeszcze rozumiałam Kristinę, jeszcze odpowiadałam. Robię postępy! (Poprzednia próba zakończyła się znajomością ze ścianą). Kristina powiedziała, że wpadnie po nas, a my już prawie dojeżdżaliśmy. Lepiej by było zostać na śniadanie!=) Deszcz padał całą noc, a nad ranem trochę ucichł. Ale potem nie przestawał aż do samego wieczora! Swoją drogą, odpływy na drogach tutaj nie wszędzie są. W drodze powrotnej na wielu skrzyżowaniach trzeba było jechać, przecinając wodę. Co robić, kiedy jest taka pogoda? Pisać bloga? Nie, nie słyszałam. Wszyscy poszli spać. Ja pierwsza, dziewczyny jeszcze kończyły naleśniki. Nasza sąsiadka Natasza pokazywała masterclass, ona jest specem). W rezultacie przespaliśmy do 6. Budzę się - deszczu nie ma. Hura!!! Wyszłam na ganek: żadne hura! Jakby ocean wylał z brzegów!!! Samochody jeżdżą powoli, bardzo ostrożnie. Chociaż pieszych nie ma. Osobiście dla mnie woda na jezdni była do kolan, a na chodniku trochę mniej. Przypomniały mi się kadry z wiadomości z zeszłego roku. Huragan na wschodnim wybrzeżu, Krymsk... Tfu!!!! Zgiń! Nasz dom to jedna z małych oaz. I na złość, od razu zachciało się czegoś słodkiego, słonego, w skrócie – iść do sklepu. Szkoda, kiedy dzień wolny jest tak beznadziejnie zepsuty! Sonia poszła na górę, do dziewczyn, dowiedzieć się, czy trzeba iść do pracy. Vika i Ksyusha (dziewczyny z góry), Sonia i Anya pracują u jednego faceta Dave'a na boardwalku. Wax hands - fajny temat. Wczasowicze układają z palców figury, zanurzają ręce w wosku, a dziewczyny wykonują określone manipulacje i powtarzają procedurę kilka razy. W skrócie, twoja ręka ze wszystkimi krzywiznami, liniami życia zostaje w postaci woskowej figurki! Ciekawe. Chciałabym zrobić taką na pamiątkę! Kosztuje to 10 $, a 20 – jeśli dwie ręce together. Vika właśnie wróciła z Rio Grande. Jest taki sklep „Ross” – Dress for Less. Markowe rzeczy w przedziale cenowym 10-25$. Podczas gdy Sonia opisywała górę zakupów (dla siebie, dla mamy, dla taty, dla przyszłego dziecka – wszystko za 350 dolców), ja myślałam. Pomysł pojechania do Ross prześladuje mnie od dawna, czekałam na dzień wolny. Deszcz się skończył. Ross do 21:30. No i niech będzie, że woda prawie do kolan, najważniejsze dojechać do bus terminala! Czas 19:00. Patrzę na rozkład, autobus za 10 minut. Działam szybko: plecak, koszulka, szorty, klapki, klucze od roweru. Do wieczora! Okazuje się, że woda stała tylko do Pacific Avenue, dalej drogi czyste, jak po lekkim deszczyku. Czy warto opisywać, że jak zawsze prawie się spóźniłam? Kierowca obiecał podpowiedzieć, gdzie trzeba wysiąść. Ja już sama nieźle orientuję się w RG, zapytałam dla pewności. Tam, gdzie autobusy skręcają na Atlantic City, zaczyna się rząd dużych molli. Pierwszy z nich Ross, potem wszystko po 5$ i mniej, dalej inne sklepy. Rząd kończy się supermarketem Walmart (tam, gdzie zazwyczaj kupujemy jedzenie). Wyobrażałam sobie Ross trochę inaczej. Myślałam, że to zwykłe centrum handlowe, tylko tanie. Okazało się, że wszystko jest o wiele prościej: rzędy ubrań, posortowane według rozmiarów, rodzajów: top, botton, dress itd. Marki wymieszane. Mój wózek napełniał się bardzo szybko. Już nawet przestałam patrzeć na ceny, zazwyczaj 12-13$. Duży wybór spodni, dżinsów, topów, polo, bluzek. Trochę strojów kąpielowych i butów. Głównie buty są prezentowane w pojedynczym wariancie, rzadko można znaleźć 2 różne rozmiary jednej pary. Dużo torebek i dużo fajnych i tanich plecaków! Oto co szczególnie ucieszyło moją duszę! Szczerze, oczekiwałam czegoś więcej! Dla mnie to za mało, m

+2

