Gdzie mieszkałam: Holiday Jones Hostel Do miasta moich marzeń jechałam 8 godzin autobusem z Columbus w stanie Ohio liniami Greyhound. Podobało mi się podróżowanie z nimi, autobusy są wygodne, rzadko kiedy pełne, przejazd jest tani i można wybrać dowolne miejsce, a także skorzystać z toalety podczas jazdy. Koniecznie weźcie ze sobą kurtkę lub bluzę, ponieważ w autobusach jest bardzo zimno z powodu klimatyzacji. W ogóle bądźcie gotowi na to, że we wszystkich miejscach publicznych, w transporcie, taksówkach klimatyzacja często działa na pełnej mocy. Pisałam już, że nie warto brać dużej walizki, no i mi z moją walizką, torbą na kółkach i plecakiem było niewygodnie się przemieszczać, ponieważ metro jest absolutnie nieprzystosowane dla ludzi z bagażem: ani wind, ani schodów ruchomych, tylko schody! Jeśli będziecie zatrzymywać się w tym samym hostelu, miejcie na uwadze, że nie ma tam wind, administrator pomógł mi wnieść walizkę (nie dałam napiwku, nawet nie wiem, czy trzeba było, czy nie). Hostel jest czysty, łazienka była wspólna na piętro, ale zamykała się od wewnątrz. Rozczarował brak gniazdka na górnym poziomie łóżka piętrowego. Powiedzieć, że marzyłam o tym, by odwiedzić to miasto - to nic nie powiedzieć. Od 12 roku życia w pamięci mam zdjęcie starszej siostry mojego przyjaciela, która wyjechała do Stanów w dalekim 2008 roku w ramach programu Work and Travel, o którym wtedy nic nie wiedziałam. Na zdjęciu: ona, wieżowce i niezrozumiały lustrzany obiekt - fasolka... W tamtym momencie poczułam palące pragnienie, by odwiedzić to właśnie miasto i to właśnie miejsce, dosłownie zobaczyłam na zdjęciu siebie... Przez cały ten czas byłam pewna, że pewnego dnia przyjadę do tego miasta i zobaczę jego niezrozumiały futurystyczny symbol. Pierwszą rzeczą po zameldowaniu było udanie się do Millennium Park, właśnie tam, w samym centrum Chicago, znajduje się najpopularniejsza atrakcja - Cloud Gate. Po drodze wydawało mi się, że już niedługo zdjęcie, już dość zatarte w mojej pamięci, zaraz stanie się rzeczywistością, tylko że na nim będę ja. Kiedy zobaczyłam to na żywo - mój uśmiech nie miał granic, nie mogłam uwierzyć, że to wszystko nie jest snem. Ale tak było, przez co promieniałam i świeciłam. Wielu wyda się dziwny taki zachwyt nad rzeźbą publiczną - ale dla mnie w tamtym momencie oznaczało to tylko jedno - marzenia się spełniają! Następny poranek był mglisty, myślałam, że to przeszkodzi mi w odwiedzeniu tarasu widokowego na 103. piętrze w Willis Tower, więc ruszyłam nad jezioro Michigan. Po drodze zdziwiła mnie liczba kaczek i mew swobodnie spacerujących w parkach blisko jeziora, jak u nas gołębie w miastach. Jezioro okazało się bardzo czyste i błękitne - co było nieoczekiwane jak na warunki miejskie. Chicago to miasto z iluzją kryminału. Dlaczego? Ponieważ kiedy słyszysz o nim, postać Ala Capone wypływa w głowie, a mi osobiście od razu przypomina się rosyjski film Brat-2, którego akcja rozgrywa się w Chicago. Muzyka z filmu brzmiała w moich słuchawkach i towarzyszyła wszystkim moim spacerom po tym mieście, tworząc szczególny nastrój i wrażenie, że jestem tutaj, w zupełnie nieznanym mieście, nie sama, jak główny bohater, i Chicago nie jest mi obce. Ale to już fabuła na inny film. Bliżej południa mgła się rozproszyła i zrealizowałam swój plan - weszłam na taras widokowy. Widok stamtąd - imponujący, nawet nie wierzy się i nie czuje, że jest się tak wysoko, oczywiście, jeśli nie boi się wysokości. Okna z przezroczystą podłogą, wystające z budynku, to tak popularne miejsce na zdjęcia, że zwiedzającym przydziela się tylko 60-90 sekund w zależności od liczby osób w grupie. Co mi się podoba w takich miejscach turystycznych - dobre pamiątki: piękne, oryginalne, jakościowe, trochę droższe - no i co?!


+2


