Po powrocie z kanionu padliśmy spać. I obudziliśmy się dopiero o 11 rano następnego dnia. To był jedyny raz w ciągu ostatnich dni, kiedy udało nam się choć trochę wyspać. Ostatni, trzeci dzień w Vegas. Bilety do Nowego Jorku (znowu przez Minneapolis) były na godzinę 16:00 tego samego dnia. Po przebudzeniu i zjedzeniu czegoś ruszamy do centrum Vegas, na ten słynny Las-Vegas Blvd. Wyszliśmy z autobusu na samym jego początku i szliśmy dalej pieszo. Początkowo nie było nic ciekawego, dziesiątki małych kaplic, gdzie szczęśliwe pary mogły zawrzeć małżeństwo w słynnym Vegas. Albo, jak Stu z „Kac Vegas”, ożenić się z prostytutką. Lena wyskakuje z nieadekwatnymi pomysłami: „A może weźmiemy ślub i od razu się rozwiedziemy!” A tak przy okazji, ta kaplica, w której Stu brał ślub, stanęła nam na drodze. Po obiedzie w Burger Kingu i posiedzeniu w necie ruszamy dalej. Jedną z pierwszych atrakcji, która wpadła nam w drogę, była Stratosphere – ogromna wieża z tarasem widokowym na górze. A potem się zaczęło: Circus Circus, Encore, Palazzo, Wynn, Venetian, The Mirage, Caesars Palace, Bellagio, mini-Wieża Eiffla, mini-Nowy Jork. Wszystko to jest fajne. Wydawało się, że trafiłem do GTA San-Andreas. Bolesne znajome miejsca, ach tak, fikcyjne Las-Venturas zostało skopiowane z prawdziwego Las-Vegas. Tyle że w dzień to wszystko wygląda jak ogromne dekoracje, nie tak efektownie jak w nocy. Ale mimo wszystko momentami robi wrażenie. Cóż, czas jechać na lotnisko. Las Vegas jest fajne. Wielki Kanion jest jeszcze fajniejszy. Ale pomimo pozytywnych emocji byliśmy zmęczeni i chcieliśmy już do Nowego Jorku. Na tym nasz trip do Vegas się kończy: wszystko było puste, duszne, powietrze się topiło, wszystko tak, jak powinno być.


+2

