Wstęp. Historia będzie opowiadana z perspektywy 2 osób. Poznajcie się: Emil i Władimir. Nasze marzenie o wyjeździe do Ameryki w końcu się spełniło. Wcześniej się nie udawało z powodu COVID. W tym roku też było zagrożone, ponieważ ambasada w Moskwie została zamknięta z powodów politycznych. Rozdział 1. Początek Pewnego słonecznego czerwcowego dnia poinformowano nas, że jest możliwość uzyskania wizy w Meksyku. Nie zastanawiając się ani chwili, każdy z nas się zgodził. I tak, 3 lipca nasza grupa około 30 osób spotkała się na moskiewskim lotnisku Wnukowo. Ja (Emil) poleciałem do Moskwy sam. Już na lotnisku zaczęliśmy się poznawać i rozmawiać. Pomyślnie przylecieliśmy do Meksyku, do kurortu Cancun. Zorganizowano nam transfer do hotelu, który znajdował się 5 minut spacerem od Morza Karaibskich. Wyszły nam też mini-wakacje. Po kilku dniach imprezowania w Cancun polecieliśmy do Mexico City. Bardzo piękne i duże miasto. Zamieszkaliśmy 10 minut od ambasady USA. Spacerowaliśmy po mieście, zwiedzaliśmy zabytki, uczyliśmy się hiszpańskiego. Równolegle przygotowywaliśmy się do rozmowy kwalifikacyjnej. 7 lipca pierwsza grupa ludzi idzie po wizy, ja (Emil) byłem w niej. Stoję w kolejce do konsula, maksymalnie skupiony, z chłodną głową. Podchodzę do okienka, uśmiechając się witam, dialog się zaczął. Zadał mi 3 pytania, odpowiedziałem mu szczegółowo na wszystkie. Usłyszałem upragnioną frazę: "Your visa is approved. Have a nice summer!". W tym momencie byłem szczęśliwy, zdałem sobie sprawę, że lata oczekiwania i ryzyko związane z Meksykiem nie poszły na marne, naprzód ku marzeniu! Z naszej 30-osobowej grupy każdy bez wyjątku otrzymał wizę. Wieczorem poszliśmy świętować nasz sukces. Rozdział 2. Ameryka Tak się złożyło, że do Ameryki ja (Emil) poleciałem sam, znalazłem korzystny bilet. Władimir i jeszcze 2 dziewczyny przylecieli tego samego dnia, tylko wieczorem. Mój lot był Mexico City-Cancun-Denver. Ląduję na lotnisku w Denver, wszędzie Amerykanie, wszyscy mówią po angielsku. Przyleciałem sam podbijać Amerykę (ha-ha). Dowiedziałem się u miejscowych, jak najlepiej dostać się do miasta, wsiadłem do pociągu i pojechałem. Wysiadłem na Union Station, blisko centrum. Poleciałem z jedną teczką bez walizek, więc byłem lekki. I oto spaceruję po centrum miasta, rozglądam się i po prostu się uśmiecham. Ale nie spacerowałem tak po prostu, szukałem opcji noclegu, ponieważ nasz pracodawca Elitch Gardens nie zapewniał nam mieszkania. Bardzo nie poszczęściło się z datą, ponieważ w te dni odbywał się mecz wszystkich gwiazd baseballu, a wszystkie motele i hostele były zajęte. Przeszedłem całe centrum, obdzwoniłem wszystkie możliwe opcje, ale nic nie udało się znaleźć. Nastał wieczór, przylecieli Władimir i dziewczyny (od tego momentu narracja będzie prowadzona przez 2 osoby). Razem myślimy, co mamy zrobić. Poważnie rozważaliśmy pozostanie na noc w kościele z lokalnymi homeless people, ale dziewczyny nie chciały. Poszliśmy do parku, myśleliśmy, może coś nam zaproponują, ale były zamknięte, nie było nawet ochroniarzy. W rezultacie znaleźliśmy motel, ale wszystkie miejsca były zajęte. Umówiliśmy się, że dadzą nam pokój, być może był służbowy, daliśmy jej cash. Następnego dnia pojechaliśmy się urządzać w Elitch Gardens. Pytaliśmy ich o mieszkanie, ale w ich opcjach wszędzie był sold out. Wyszliśmy z parku smutni. Dogonił nas mój supervisor Ricardo. Znalazł motel na pierwszy czas, zapłacił za nas, umówiliśmy się, że oddamy po wypłacie. Radośni, zamieszkaliśmy w motelu. Przy wejściu poznaliśmy miejscowego o imieniu Cezar, pogadaliśmy z nim i poszliśmy spacerować, już bez niego. Tego dnia właśnie miało przylecieć czworo innych chłopaków z Rosji. Spotkaliśmy ich na stacji i poszliśmy spać w 8 w pokoju dla 4 osób. W ciasnocie, ale nie w obrazie. Następnego dnia ci chłopcy się wyprowadzili, a my poszliśmy imprezować na basen, tam poznaliśmy naszego dobrego czarnego przyjaciela Alonso. W kolejnych dniach w tym motelu codziennie z nim rozmawialiśmy. Praca zaczynała się od na


+9



