Dwie doby (wylecieliśmy z Rosji i przylecieliśmy do Ameryki prawie w tym samym czasie, tego samego dnia) były intensywne i super-super fajne! Rano 6 czerwca wyruszyliśmy autobusem firmy „Peter Pan” do miejsca naszego dalszego zamieszkania: stan Massachusetts, półwysep Cape Cod, miasto Hyannis. Jechaliśmy, jechaliśmy i dojechaliśmy do jakiegoś dworca autobusowego. Z wielkim trudem dotarliśmy z naszymi walizkami do naszego skromnego lokum. A lokum puste i drzwi otwarte… hmmmm, wchodzimy niezręcznie… taka cisza! Krzyczymy „jest ktoś w domu???” (znowu przypominają się kadry z filmu) i słyszymy dźwięk, aha, ktoś schodzi z drugiego piętra. Teraz to wspominam i jest mi taaaak śmiesznie ^_^ Pięć przestraszonych dziewczyn stoi w salonie domu, być może nawet nie tego, którego szukałyśmy, i weszłyśmy spokojnie, nikogo nie pytając (otwarte drzwi tak mówiły „wejdź do mnie”) no w ogóle stoją i nasłuchują kroków, i nagle zza zakrętu wyskakuje latino-boy, taki wesoły, uśmiechnięty, wszystkie razem drgnęłyśmy i otworzyłyśmy buzie. Czekałyśmy na Amerykanina o imieniu John, ale okazał się latino-boy o imieniu Jose. Ale jesteśmy pod adresem, to ustaliłyśmy później. John - właściciel domu, ale sam tam nie mieszka. A Jose to jeden ze stałych mieszkańców tego domu. Jest z Republiki Dominikańskiej. Mieszkał tam jeszcze Meksykanin Kevin (wzięli sobie amerykańskie imiona, tak), nasz przez wszystkich lubiany Felix, również z Dominikany, i Amerykanin Brian (podobny do małego Puszkina). I taką zgraną rodziną mieszkaliśmy dwa tygodnie, potem dojechała partia dziewczyn z Mołdawii (trochę rosyjskojęzyczne) i jeszcze partia dziewczyn z Rumunii. I wtedy po prostu zaczęła się „masakra”)) w dobrym tego słowa znaczeniu! Pełny dom ludzi każdego wieczoru po pracy. Nasi przyjaciele, ich przyjaciele – i po prostu imprezy każdego dnia! * Cape Cod – turystyczny półwysep z licznymi ogromnymi piaszczystymi plażami. Tutaj przyjeżdżają odpoczywać w weekendy ludzie z Bostonu i pobliskich miast, a nawet stanów, po prostu odpocząć od zgiełku, ciasnoty wieżowców. W centrum półwyspu, a mianowicie w mieście Hyannis jest dużo sklepów z pamiątkami z zębami rekina =) bluzami i koszulkami na pamiątkę. Jest także duży Cape Cod mall, gdzie można pójść do kina, zjeść, ubrać się i zrobić zakupy spożywcze. * Pracować zaczęliśmy po tygodniu, trzeba było wypełnić różne papierki, wyrobić SSC i inne sprawy. Większość „wakatów” w branży gastronomicznej przypada na restauracje szybkiej obsługi. Pracowaliśmy właśnie w jednej z takich - sieci kawiarni Dunkin’ Donuts. Nasza ulubiona kawiarnia znajdowała się w innym mieście, tak-tak)) w West Barnstable. Początkowo mieliśmy kupić rowery i robić codzienny bieg do pracy, no i jeśli starczy sił – z powrotem) Ale mieliśmy wspaniałą, po prostu szykowną menedżerkę – Hafsę. Jest z Pakistanu. I sądząc po jej gabarytach, pracuje w kawiarni dość długo i bardzo kocha swoją pracę. Sama wyraziła chęć wożenia nas, jak paczkę parówek… z domu do pracy i z powrotem do domu, prosto pod nasz płot. Ale pod warunkiem!!! Pod warunkiem, że nasz grafik pracy będzie zaczynał się od 5 rano. Heeeeeee! Tak, ale my i tak budziliśmy się o 4-5 rano, nie zdążywszy ostatecznie się zaadaptować. Zgodziliśmy się. Oto dla was kawa z pączkami od Dunkin' Donuts (większość Amerykanów preferuje very sweet iced coffee with many flavors). A oto jeszcze dwa pączki xD (ja i moja żaba-podróżniczka oraz azerska przyjaciółka - Aisha, w jednej osobie). * Uwielbiałam swoją pracę. Mówiłam, że jestem kawoszką, a tam taka kawa… aaaaach. A pączki?! Po prostu boskie. Ale nie wszystko jak w bajce, codziennie robiłam biegi po ulicach Hyannis i kontynuowałam walkę z pączkami po biegu, ale już w domu, na podłodze. I wiecie, pomagało. Tylko jakieś +2 kg w Ameryce! To jest szykowne! Dziewczyny i chłopaki, nie rozluźniamy się. Jemy i biegamy=) * Nasze trzy miesiące na Cape Cod, wydawałoby się, w parterowej Ameryce, były po prostu niezapomniane! To było tak FAJNIE!!!! Objechaliśmy cały półwysep samocho


+3


