Rozmowa z konsulem... Tak naprawdę, to nawet nie można nazwać rozmową... Oczywiście, byłam bardzo zdenerwowana i przejęta, ale okazało się, że niepotrzebnie! Wręcz przeciwnie, trzeba być pewnym siebie i spokojnie oraz jasno odpowiadać na wszystkie zadane pytania, których w zasadzie będzie maksymalnie 5-6. Na tę rozmowę musiałam pójść 10 marca, dokładnie 2 dni przed moimi urodzinami, i wiedziałam, że jeśli ją obleję, to wszystko będzie zepsute, a nawet moje urodziny pójdą na marne... Więc nie mogłam zawieść ani siebie, ani rodziców, ani przyjaciół, no i w końcu Ameryki) Naczytawszy się na różnych forach, że to wszystko bzdury, i poćwiczywszy pytania, które konsul może zadać, byłam pewna siebie i swojej znajomości języka angielskiego, ale mimo wszystko trochę się bałam) Aby przejść rozmowę, trzeba było jeszcze jechać do stolicy naszego kraju – Astany. Cały dzień i noc w pociągu, a rano jeszcze na rozmowę – oczywiście, nic przyjemnego. Już w wagonie spotkałam dziewczyny z naszej agencji, które też tam jechały, i udało mi się zasnąć dopiero około 2 w nocy. Rano na dworcu zobaczyliśmy innych chłopaków i pojechaliśmy szukać budynku konsulatu, w którym mieliśmy przejść rozmowę. Znaleźliśmy go bez trudu, weszliśmy do środka i nie mogliśmy już wyjść, ponieważ drzwi otwierały się tylko z zewnątrz) Następnie zaczęli nas po kolei wpuszczać do środka i sprawdzać wykrywaczem metali... Szczerze mówiąc, wszystkie te procedury budziły we mnie coraz większe zdenerwowanie i strach... Potem musieliśmy czekać jeszcze około pół godziny, aż kazali nam po kolei składać nasze dokumenty... i dopiero po kolejnym pół godzinie konsul zaczął wywoływać nasze imiona i nazwiska z bardzo niezrozumiałym rosyjsko-amerykańskim akcentem... Kiedy czekałam, aż wywołają moje nazwisko, próbowałam się uspokoić... A każdy, kto podchodził do konsula, stał tam dosłownie 2 minuty i słyszał długo wyczekiwaną frazę: “Have a nice summer!” I kiedy byłam już zupełnie spokojna i gotowa na każde pytanie, zobaczyliśmy, że jednej z naszych uczestniczek odmówiono... i w tym momencie wywołali moje nazwisko... no i jaki tu spokój! Ze strachu zapomniałam nawet, jak się nazywam) Podchodząc do okienka, zobaczyłam młodego chłopaka w wieku około 25 lat. Nie udało mi się go dobrze przyjrzeć, bo myślałam tylko o tym, żeby nie zauważył, jak drżą mi nogi i ręce, bo pomyślałby, że jestem narkomanką albo alkoholiczką, i wtedy na pewno nie dałby wizy) Dobrze, że w ogóle na mnie nie patrzył, bo był zajęty przeglądaniem moich dokumentów. Zadał mi tylko 3-4 pytania... o to, gdzie studiuję, kiedy skończę, dokąd jadę pracować, kim będę pracować i tyle... W tamtym momencie miałam już job offer w Kolorado i z pewnością mówiłam, że jadę właśnie tam i będę pracować w restauracji. Następnie oddał mi wszystkie moje dokumenty, z wyjątkiem paszportu, i życzył mi udanego lata... Juhuuu! Po rozmowie jeszcze bardzo długo śmialiśmy się z tego, jak długo i boleśnie się baliśmy, i jak szybko i łatwo wszystko poszło! Naszym kolejnym punktem było namówienie nauczycieli i przeniesienie egzaminów na wcześniejszy termin... Niestety, studiujemy nie w zwykłym instytucie, a w jakiejś kolonii o specjalnym rygorze. Tak już wyszło, że u nas w instytucie nie lubią programu Work and Travel. Największą podstępnością było to, że moim przedostatnim egzaminem był język niemiecki, który prowadzi nasza prodziekan... No więc zdecydowaliśmy pójść prosto do niej i, oczywiście, usłyszeliśmy odmowną odpowiedź... Dalej nie było już sensu się przejmować, egzamin z niemieckiego i tak był 26 czerwca. Z jednej strony, to nie było złe, bo miałam jeszcze czas przygotować się do wyjazdu... W międzyczasie dni nie po prostu mijały, one biegły... i coraz bardziej bałam się niepewności swojej przyszłości... W Ameryce nie mieliśmy konkretnej pracy, ponieważ z powodu sesji musieliśmy zmienić swoje plany i przenieść wyjazd na koniec czerwca, co było bardzo późną datą dla wszystkich pracodawców i nikt nie chciałby nas tak długo czekać... zostawało nam ty

Colón: Przewodnik, ceny i darmowe noclegi · 2026
Colón is a city and seaport in Panama, beside the Caribbean Sea, lying near the Atlantic entrance to the Panama Canal.
Dojazd i zakwaterowanie
Loty, lotniska, hosty i wynajem
Nie ma tu jeszcze hostów oferujących darmowe zakwaterowanie.
2 źródła · Stan na 19 września 2026
Wizy i kwestie praktyczne
Wybierz paszport
Wybierz swój paszport — czas oczekiwania, opłaty i wymagane dokumenty różnią się w zależności od kraju wydania paszportu.
Bezpieczeństwo i zdrowie
Oficjalne porady dla podróżnych i niezbędne minimum medyczne
Dojazd
Lotniska, odległości i transport publiczny
Osoby, które tu były
Nasza codzienna praca nie zaczęła się od razu. Połowa czerwca w Ameryce to jeszcze „poza sezonem”, uczniowie się uczą, kurorty są puste. Lokal, który zgodził się przyjąć troje rosyjskich studentów do pracy, okazał się modną restauracją. Panoramiczny widok na jezioro i zachodzące słońce, typowa amerykańska kuchnia (kanapki, frytki, steki i lokalne produkty rybne), ogromna sala, pokój zabaw dla dzieci. Wszyscy troje mieliśmy oferty (offer) do kuchni, jako pomocnicy kucharza, ale tam wysłano tylko Mishę – nam z Yulią przypadły pozycje busserów (pomocników kelnera). Pierwsze spotkanie z miejscem pracy Widok z tarasu restauracji Busser to pomocnik kelnera. Do jego obowiązków należy powolne chodzenie między stolikami w celu znalezienia pustego talerza lub szklanki („Excuse me, are you done with this?”), dostarczenie ich do zmywalni i sprzątanie stolika po odejściu gości. Jeszcze ciągle proszą cię o przyniesienie soli lub zawołanie kelnera, ale to drobnostki. Ogólnie rzecz biorąc, praca nie jest ciężka. Misha natomiast w kuchni pracował pełną parą. Żadnych zaświadczeń lekarskich, żadnych rękawiczek czy czepków – w Stanach do higieny podchodzą znacznie luźniej (być może w dużych miastach jest inaczej). Więc po tym lecie oboje wiemy, kto w rodzinie będzie gospodarzem w kuchni... Zalety naszych pozycji też były różne. Praca w kuchni wiązała się z potwornym upałem, wiecznie skaleczonymi palcami, komunikacją z mikro-kolonią z Portoryko i nieograniczonym dostępem do jedzenia – jak rozumiecie, to ostatnie BARDZO zmniejszyło nasze wydatki. Prawda, kuchnia nienawidziła weekendów – przy dziesięciokrotnym wzroście obciążenia ich pensja w ogóle się nie zmieniała. Pozycja bussera była chyba przyjemniejsza. Trzeba było uśmiechać się na siłę, dźwigać ciężary, upuszczać talerze, być strasznie „tępym” w rozmowach z gośćmi, ciągle być na nogach, a w pracowite dni w ogóle biegać godzinami bez przerwy. W zamian napiwki były wprost proporcjonalne do obciążenia, a my komunikowaliśmy się głównie z amerykańskimi kelnerkami. Wszyscy byli dla nas mili – ale dokładnie tak bardzo, jak wymagają tego zasady dobrego wychowania. Menedżer restauracji uprzejmie podziękował za pamiątki z Rosji, nawet ich nie otwierając, kelnerki mogły jednego wieczoru bardzo miło z tobą rozmawiać, a następnego dnia nawet się nie przywitać. Cokolwiek omawiały, zawsze brzmiały te same kliszowe słowa: „Cool! Amazing! Great! Oh, it's so much fun!”. I wszyscy uśmiechali się tym dziwnym „pracowniczym” uśmiechem, którego nigdy nie spotkasz w Rosji. Od nas wymagano tego samego. Pierwszego dnia szef powiedział: „Smile, girls, you're not in Russia anymore. Smile or I'll fire you”. Na końcu dodał uśmiech – czyli to był taki półżart. Ale ogólnie wszyscy byli przyjaźni. Obawy moich rodziców dotyczące uprzedzeń wobec Rosjan w Stanach zupełnie się nie sprawdziły. Po pierwsze, Ameryka to kraj imigrantów, a Rosjanie z pewnością nie są tam najmniej licznym narodem. Ponadto większość po prostu nie była świadoma wiadomości politycznych – Amerykanie mało interesują się światem zewnętrznym, zwłaszcza tak odległym. Ich wiadomości nie robią z nas „wrogów ludu” – oni po prostu nie wspominają o Rosji. Ci, którzy mieli pojęcie o skomplikowanych relacjach między dwoma państwami, wyrażali z tego powodu smutek, ale w żadnym wypadku nie agresję. Ale wróćmy do pracy. Jak już wspomniałam, w pierwszych tygodniach, aż do 4 lipca, pracy… nie było. Przychodziliśmy do restauracji dwa lub trzy razy w tygodniu (wychodziło 12 godzin, a nie obiecane 40), bardzo martwiliśmy się o nasz budżet i desperacko szukaliśmy drugiej pracy. Twój najwierniejszy przyjaciel i główny pomocnik w szukaniu pracy Wydawało się, że szukanie na miejscu powinno być znacznie łatwiejsze niż zza oceanu. Ale nic z tego… Miasto tylko czekało na napływ turystów, a zbędne ręce do pracy były rzeczywiście zbędne. Obeszliśmy absolutnie wszystkie lokale w mieście – i znowu tylko jedno miejsce zgodziło się nas przyjąć. Dokładniej, piekarnia zgodziła się przyjąć
Podobne w pobliżu
Podobne pod względem budżetu i blisko Colón
≈ 3 godz. 50 min drogiSan José- Miesiąc
- ≈ 1500 $
- Odległość
- 463 km
Nie możesz znaleźć miejsca, którego potrzebujesz? Wyszukiwarka rozumie każdy język. Otwórz wyszukiwarkę