Mam, że tak powiem, szczególną więź z San Francisco. Kiedy słyszę tę nazwę, w głowie gra mi piosenka Scotta McKenzie „San Francisco”. I te wersy: „If you are going to San Francisco, be sure to wear some flowers in your hair...” Kocham to miasto, wiecie, to nie jest takie typowe amerykańskie miasto. Tak, są tam wieżowce, ogromne korki, wypasione fury, oczywiście można wymieniać bez końca, ale ono jest inne. Ludzie tam są jacyś inni, są bardziej życzliwi, do czegoś dążą, rozwijają się. A pogoda, jak dla mnie, jest najbardziej idealna. Przez cały rok +20, oczywiście latem może być trochę cieplej, a zimą chłodniej, ale to nie zmienia całego sensu. San Francisco przypomina mi trochę Włochy, gorąco polecam wybrać się do „Palace of Fine Arts”, wtedy zrozumiecie, co miałam na myśli. Architektura jest tam niesamowita, a domy wokół też bardziej przypominają europejskie. A jeśli pojechaliście w parze, to polecę wam romantyczne miejsce o nazwie „Shoreline Park”, prawda, że znajduje się w Dolinie Krzemowej, ale warto, najważniejsze – weźcie ze sobą jedzenie i koc, mówię wam, jest tam co podziwiać, zwłaszcza o zachodzie słońca. Oczywiście nie zapomnijcie o najważniejszych miejscach, takich jak Golden Gate Bridge, Pier 39, Lombard Street czy Twin Peaks. Są obowiązkowe do odwiedzenia. Byłam w San Francisco dwa razy, widocznie tak bardzo się zakochałam, że wróciłam tam po raz drugi. Moją pierwszą podróż w tym mieście zakończyłam wyprawą do „Lands End” i wiecie, taki krajobraz widziałam tylko na zdjęciach w internecie, i w tamtym momencie mimowolnie łzy napłynęły mi do oczu i było mi bardzo smutno, że za kilka godzin już wyjeżdżam. Dla mnie było to idealne miejsce pod każdym względem. A widok fal rozbijających się o skały – to zjawisko hipnotyzujące. Podczas drugiego pobytu cały dzień poświęciłam turystycznemu miasteczku Santa Cruz. Znajduje się około dwie godziny jazdy od San Francisco, może nawet mniej. Dla mnie to było małe Los Angeles, te same palmy, ta sama plaża, nie uwierzycie, nawet pogoda była +35, co jest bardzo rzadkie dla Północnej Kalifornii. Można tam dojechać samochodem albo autobusem. Jeśli podróżujecie w grupie, zamawiajcie Ubera lub Lyfta i śmiało jedźcie, cenowo nie wyjdzie drogo, ale jeśli jednak chcecie zaoszczędzić, to autobus też jest opcją. Szczerze mówiąc, mogłabym kontynuować jeszcze bardzo długo, bo kocham to miasto. Chcę zostawić niektóre miejsca jako moje osobiste wspomnienia o San Francisco. A wam radzę odwiedzić wyżej wymienione miejsca. Obiecuję wam – nie pozostaniecie obojętni.


+5

